Dawno nic nie pisałem bo i weny ni było i nie było sumie o czym pisać. Stop !!.. głupoty pisze bo pisać jest zawsze o czym tylko weny brak na przelanie myśli na „papier”. Kurde jaki papier, toż te słowa nigdy go nie zobaczą ale lećmy dalej 🙂
Obecny temat podszedł mi jakoś jako efekt przemyśleń i wydarzeń które przez ostatnie kilka tygodni miesięcy, miały miejsce.
Od czasów pandemii… hm, jak to dziwnie brzmi. Przy tych słowach przypominają mi się katastroficzne filmy lat 90 kiedy to pojawia się notka. „Po wielu latach wojny” po wielkim wybuchu, „Rok 2020 kiedy to wielka epidemia wybiła 90 % ludności .. obecnie zostali najsilniejsi i ci który zdołali ocaleć .. heheheh niby nic ale jednak skojarzenia zostały.
Kontynuując poprzedni wątek … Od czasów pandemii wiele rzeczy się zmieniło, zarówno u Mnie, jak i śmiem twierdzić że u wszystkich z nas, ale u Mnie, moim skromnym zdaniem, zdecydowanie na duży plus. Jedną z tych zmian jest to, iż od kilku miesięcy mam więcej czasu dla siebie. Szczególnie podoba mi się to, iż po wielu latach swoistej przerwy wróciłem do starej poczciwej skłonności .. włóczęgostwa.
Ostatnie kilka lat, mając do dyspozycji zasadniczo tylko weekendy spędzałem stacjonarnie w 4 ścianach zajmując się różnymi tematami wymagającymi takiej a nie innej aktywności. Moimi zainteresowaniami było i nadal jest Muzykowanie , robienie gitar , Robienie win, miodów i wiele innych.. . Wieczorami jak to ja śmigałem na siłkę bo „Boskie Ciało” samo się nie zrobi 🙂 aż nastały czasy pandemii..
Zapewne nie będę jedyny który doszedł do wniosku że siedząc przez dwa miesiące wyłącznie w 4 ścianach i skupiając się na nauce i pracach domowych doprowadziło do pewnego przesilenia emocji. patrząc na to długodystansowo można śmiało stwierdzić że trend ten zacząłem jakieś 7 lat temu z krótką przerwą. Kiedyś słyszałem że człowiek się zmienia co 7 lat wiec mam wrażenie że chyba teraz nastąpił przełom zmiany podejścia do życia i czas coś zmienić aby nie zwariować. Niektórzy nazywają to kryzysem wieku średniego ale tą teorię zostawię na inny wątek.
Ostatni czas rzeczywiście owocował w różnego rodzaju rozwój twórczości, prac domowych etc.. czyli wszystkich tych rzeczy które wymagają stacjonarnego podejścia do rzeczywistości. Było to zapewne spowodowane faktem dopasowania zajęć do aktualnych warunków życia… Ale nigdy wcześniej tak nie było ponieważ…
Za czasów studenckich, obecnie mało popularnego w tych czasach kierunku jakim jest geografia.. lubiłem zwiedzać, jeździć bywać tu i tam. Potem tendencja się utrzymywała do czasu aż nie przyjechałem na śląsk. Nowe miejsce ogromne możliwości i energia jaka wtedy we mnie drzemała sprawiała że region ten dość szybko i intensywnie zwiedziłem poznając go lepiej niż wielu moich ówczesnych rodowitych kolegów poznanych tu na miejscu. Jest takie trafne powiedzenie
„jeśli wpadniesz miedzy wrony musisz krakać tak ja ony… „
Z którym trudno się nie zgodzić dlatego też ja miałem podobna przypadłość. Do czasów przeprzowadzki do Sosnowca byłem wulkanem energii który jak za oknem świeciło słońce nie mógł wysiedzieć w domu i „żal mi dupę ściskał” jak musiałem to zrobić. Rower!! wyjazd w góry. Rajd rowerem po szlaku orlich gniazd. Po GOPie po górach był swoistym standardem lecz w pewnym momencie moje zapędy zaczęły być silnie torpedowane i ubijane. Pamiętam że kiedyś wybrałem się do Krakowa z Aparatem powłóczyć się porobić zdjęć i spędzić miło czas. Po powrocie pewne osoby patrzyły się na mnie jak na wariata… że jestem .. pi…ty bo co tym takiego fajnego… Jest niedziela to należy siedzieć na dupie zjeść niedzielny rosół i obejrzeć familiade… KURWA moja babcia to robi mając 87 lat. !! a ja wtedy miałem 34… To czemu tak się stało jest opisane w prywatnych zapiskach i nie będe tego tu poruszał….
Nawet ktoś dobre stwierdził nie możesz tak żyć bo się udusisz… Ta tendencja zaczęła się około 9 lat temu i trwała do przysłowiowy „dziś dzień” z pewną dłuższą przerwą. Przerwa ta trwała około roku po czym znów nastąpiła kilkuletnia stagnacja… ech… tak jakoś mi się ułożyły relacje…
Dobra to tez nie tak do końca .. gdyż nie była to taka totalna stagnacja. Przez ostatnie kilka lat każdą wolną chwilę poświęcałem na wyjazd na Lubelszczyznę która daje mi niejako oddech od bieżących spraw. Tempo życia na wyjazdach sprawiała że co chwile słyszałem od Babci sieć na dupie a nie latasz jak świrnięty tu i tam… Roztocze, klub jeździecki chęć spotkania się ze znajomymi doprowadzał do tego że tam gdzie spałem bywałem tylko w nocy i rano … dzięki temu łapałem oddech i przez kilka dni żyłem pełnią życia czyli tym czego tu na śląsku zasadniczo mi brakowało.
Choć jak sobie teraz myślę….jak by to było ….jak bym cały czas gdzieś biegał. Moi znajomi mówią często wyjdź z domu szkoda słońca… Kurde słońce mamy cały rok. Temperatury silnie dodatnie od maja do powiedzmy września.. toż jak by chcieć wykorzystać każdą chwile to by człowiek szybko padł na twarz non stop biegając jak pojebany… ale… to tylko taka dygresja 🙂 i szybka myśl. Nie ma co się nad nią skupiać 🙂
Dwa miesiące przesilenia nauką zaowocowały tym że miałem jej serdecznie dość. Jako uparty koziorożec walczyłem od świtu do nocy przez miesiąc dochodząc do wniosku że jak wena trwa trzeba korzystać i nie ma że boli
. Obecny bakcyl jeszcze o sobie nie dał znać do czasu, jak nie nastąpił pewien splot wydarzeń. Zanim jednak do tego nawiąże należy cofnąć się w czasie trochę ponad rok czasu. Roztocze i moja organizacja do której kilka razy nawiązywałem była bodźcem który sprawiał że na kilka dni odrywałem się od świata bieżącego przebierałem w ciuchy wojskowe i znikałem gdzieś w PRN ie 🙂 zaowocowało to że takie podejście zrobiło się zaraźliwe dla osób które nie znały takiego życia. A które to osoby z biegiem czasu tak zaszczepiły w sobie nowy styl spędzania czasu że zaczęły mnie namawiać do w.w aktywności. Namawiać gdyż po za Lubelszczyzną raczej siedziałem na dupie i nawet nie miałem chęci z niej wstawać. Przez rok czasu gdy bywałem w Lublinie wybywałem w jakieś „dziwne miejsca” znane i nie znane na jednodniowe wypady. Z czasem Lubelszczyzna stała się zbyt mała i krąg ten zaczął się poszerzać o województwo Świętokrzyskie Małopolskę i Śląsk. W tym Beskidy i Podbeskidzie.
Z początkiem pandemii gdy wszyscy siedzieli grzecznie w domu musiałem wykorzystać zaległy urlop, wiec tym samym brałem sobie jeden dwa dni i siedziałem w domu studiując tajniki IT. Kiedyś niefortunnie pochwaliłem się tym faktem. I kilka godzin później dostałem tel. że mam się pakować !!!!
Przyznam się że lekką niechęcią miałem na to ochotę bo miałem w głowie inne plany w tym chęć zgłębiania tajników programowania c#. Ale usłyszałem tylko WEŹ !!! NIE PIERDOL !!!! wiec … pomyślałem ….w sumie……. i takim to sposobem wylądowałem we Wrocławiu jako miejscem docelowym. Zabrałem siatkę swoich win jak to zwykle bywa na degustację i tym to sposobem miałem spędzić dwa dni na bani… Na miejscu padła sugestia że w sumie Wrocław to nuda a w okolicy jest kilka fajnych miejsc i takim to sposobem przez trzy dni zwiedziłem prawie całą Kotlinę Kłodzką w tym wszystkie okoliczne zamki, pałace a dodatkowo Góry Sowie, Góry Stołowe, Góry Izerskie zahaczając o co się tylko dało na zasadzie wpaść zobaczyć i jazda dalej 🙂 bo nie ma czasu …… finałem wyprawy ostatniego wieczoru po powrocie o 22,30 bło nocne pijaństwo z miodem pitnym w bukłaku w celu poszukiwania figurek krasnali na Wrocławskim rynku 🙂 oj działo się działo.
Tak się dodatkowo złożyło że od kwietnia jestem również co weekend w Beskidzie śląskim głównie na wycieczkach z 5 latkiem. Zasadniczo jest to ciekawy czas, gdyż młody załapał bakcyla na podróże. Bardzo mnie to cieszy, gdyż poza „bajkami na tel” i sprawami 5 latka ma jakieś hobby. Co sobotę odkrywałem Beskid śląski: Brenna, Wisła, Szczyrk, Ustroń. Skrzyczne, Klimczok, chatka Telesforówka. Trzy kopce wiślane i inne atrakcje. Plus po latach przerwy Bielsko, Cieszyn… etc.
Powyższe wędrówki zmusiły mnie do tego że zacząłem zauważać braki w garderobie na tego typu wyprawy. O ile ciuchy wojskowe są ok do lasu, ale idąc na szlak są ciut niepraktyczne. Bo w razie deszczu nawet nie mam się czym okryć co by uchroniło przez lecącą na głowę wodą SKANDAL. .. Zaowocowało to m. inn. potrzebę odświeżenia dawnej garderoby i jej zasadniczego uzupełnienia. Dodatkowe wypady na inne szlaki niż niskie z dzieckiem wymagały i butów i kurtki i innych rzeczy których mi po prostu brakowało.
Wyjazdy po Polsce, wycieczki z dzieckiem, oraz lipcowy wypad do Zyndranowej (to jest opowieść na zupełnie inny wpis) oraz rozmowy z moją siostra która od pewnego czasu jest członkiem SKPB o. Lublin jakoś zainspirowała mnie i odświeżyła bakcyla włóczęgostwa. W Zyndranowej w schronisku studenckim wisiała taka wielka mapa z lokalizacjami chatek od Bieszczad poprzez najdalej wysunięty Beskid śląski… W chatce tej rozmawiało kilka osób że w Beskidach innych niż niskim w którym akcja się działa.. jest kilka bardzo klimatycznych miejsc które warto odwiedzić. Miejsca te mają swój urok i czar. Znajdują się z reguły z daleka od cywilizacji przebywają tam osoby które zainteresowane są chodzeniem po górach i dzięki temu atmosferę tych miejsc tworzą zawsze inni ludzie.

Doszedłem do wniosku że w sumie ze śląska mam ogromną bazę wypadową. Od Gliwic rzut beretem są Beskidy mały i śląski bo zaczynają się 80 km od miejsca zamieszkania, ciut dalej jest Żywiecki (nie znany mi) i inne.
Nie chciałem spędzać czasu jak wielu moich znajomych – hotel, agroturystyka. Dzwonisz rezerwujesz śpisz w czystym łóżku, siedzisz kilka dni i w sumie … z punktu widzenia wieku wygoda. Ale z drugiej strony jakoś mnie to nie kreci, zwłaszcza że spędzenie więcej niż dwa dni w jednym miejscu jest już dla mnie męczące. Dlatego też uzbroiwszy się w mapę plan działania zacząłem zwiedzać Beskid Żywiecki. Jedna chatka , druga chatka, trzecia… w każdej zupełnie inny klimat podobni ludzie. Inne zasady i inne doznania.
Na wyposażeniu auta ekwipunkiem obowiązkowym stał się namiot, śpiwór, i ciuchy tak na wszelki wypadek. Dlaczego szelki wypadek? He he to też było zabawne. Którejś soboty jechałem sobie do dziecka w Beskid uzbrojony w mały plecak, buty i w sumie nic więcej nie miałem ciekawego bo byłem przygotowany na ewentualne wyjście na wycieczkę… Jakieś tam spodnie, skarpetki (to mam zawsze w torbie) ale generalnie ciuchy typowo miejskie. Starym zwyczajem zawsze jak jadę autem dzwonie po znajomych, co tam słychać.. No i słyszę w słuchawce że Lublin kieruje się na Zakopane i że jak mam ochotę to mogę dołączyć do ekspedycji jak mam tylko ochotę – :/ Myślę sobie… nie!!… ale??? .. w sumie????.. wieki nie byłem w Zakopanem!!! a będę prawie w połowie drogi… hm. Zaczęła się rodzić myśl. Poważna myśl.. Kusząca myśl…. . Jako że byłem zbyt daleko od Gliwic na powrót w celach uzupełnienia i wymiany ekwipunku nie było mowy doszedłem do wniosku że mam cały dzień na decyzję. Koło 16 zrobiło się niezręcznie (pominę ten aspekt…) i postanowiłem dać młodemu buziaka i wyjechać…
Po opuszczeniu miejsca docelowego padła decyzja.. AHOJ PRZYGODO !!!.. Nastawiłem nawigacje na zakopane i usłyszałem ulubiony tekst
KIERUJ SIĘ NA POŁUDNIOWY WSCHÓD !!!
Ruszyłem starą trasą Podbeskidzia do stolicy Tatr, zajechawszy po drodze w okolice zbiornika żywieckiego delektując się pięknymi widokami tegoż malowniczego zakątka polski w wieczorno popołudniowych promieniach słońca. BAJKA !!! jakieś dwie godziny później dojechałem do przełomu Zakopianki i oczom moim ukazały się tatry wieczorową porą. Wtedy doszło do mnie że to był mimo wszystko bardzo dobry pomysł… Na miejscu jak to bywa wśród lubelaków nie dało się siedzieć o suchym pysku wiec rano po śniadaniu padł koncept idziemy w góry. Ja ubrany w spodnie miejskie (na szczęście miały kilka % stretchu) i były ciut rozciągliwe bo inaczej nie wyobrażam sobie tej wędrówki. Obowiązkowo moje wygodne buty trekkingowe, jakaś lekka bluza polarowa i kurtka z CROPA :/ wyglądająca jak lekka puchowa… musiały mi wystarczyć w drodze na Giewont najtrudniejszą aczkolwiek najszybszą trasą 🙂 . W sumie mi to nie robiło różnicy gdyż 2,5 roku na siłowni w tym intensywne cardio wykształciły mi taką kondycję że wbiegając na szczyt nawet za specjalnie się nie spociłem. Uświadomiło mi pewne możliwości które zaczęły z czasem generować pewien problem.
Zasadniczo od tamtej pory w Zakopanem byłem już kilka razy. Ale uświadomiłem sobie ze albo będę szedł sam albo muszę mieć zawodnika który ma kondycje i wytrzymałość zbliżoną do mojej, gdyż w innym przypadku nie jest to zbyt komfortowe. Dodatkowo spędzanie czasu w tym rejonie Polski w miesiącach Lipiec Sierpień jest bardzo złym pomysłem. Chyba że przez kilka dni jest zimno o pada. Na dzień dzisiejszy mam plan na zakopane ale będzie to bardzo wymagająca trasa. i zapewne zrobię ją sam.
Wpis ten się ciut rozwinął aczkolwiek nie planowałem takiego długiego wywodu. Praktycznie każdy z tych wypadów który opisałem można było by rozwinąć na osobny wątek ale na dzień dzisiejszy nie mam ani czasu na to ani ochoty 🙂 może kiedyś 🙂
Podsumowując ostatnie kilka miesięcy nakarmiły mojego bakcyla takim ładunkiem wrażeń że obudził sie on z letargu i żąda nowych wrażeń które niebawem zapewne nastąpią choć nie będą one w tym roku tak intensywne..
następny wpis będzie dotyczyć mojego urlopu który spędziłem dość intensywnie 🙂
ps. Wpis będzie ciut poprawiony stylistycznie 🙂 i merytorycznie , taka mała kosmetyka .