Przed napisaniem tego postu zastanawiałem się kogo to może interesować ale co tam 🙂 masz ochotę zapraszam.
Sezon ogórkowy w pełni, wiec tym samym trzeba było wybrać 14 dni należnego mi urlopu. Niestety ten rok się tak niefortunnie ułożył że te 14 dni były ostatnimi dniami do wykorzystania na ten rok… Po nim został mi już tylko urlop na żądanie czyli całe 4 dni.. szaleństwo :/… .
Nigdy nie byłem zwolennikiem tak długich przerw z kilku powodów.
Nie potrafię usiedzieć na dupie przez więcej niż kilka dni w jednym miejscu! Dlatego też przez wiele lat preferowałem tydzień urlopu, potem tygodniowa przerwa na odpoczynek i znów jakiś wyjazd. Niestety od dwóch lat taka sytuacja nie ma miejsca wiec od tego czasu muszę co rok rozplanować tak aby nie siedzieć w domu.
Ubiegły rok był bardziej atrakcyjny pod tym względem ze względu na to ze wiele się działo, i wyjazdy były bardziej ciekawsze, ale na ten temat powstanie odrębny wpis.
W tym wpisie zajmę się rokiem 2020 🙂
Urlop zaczął się bardzo szybko, nawet szybciej niż planowałem. Myślałem że zacznę go od poniedziałku ale okazało się ze mam wolny piątek wiec takim to sposobem zabrałem szmatki gałganki i czym prędzej ruszyłem do Zakopanego. Po drodze miałem plan wymienić spodnie MILO, zakupione przez internet, które okazały się zbyt ciasne. Trafiłem albo na felerny model albo sam nie wiem, bo wymiary podane na stronie w stosunku do rzeczywistości pasowały zarówno do rozmiaru L na długość jak i na S w pasie….. Jako sklep stacjonarny był po drodze wiec zjawiłem się tam osobiście i dla bezpieczeństwa wymieniłem na rozmiar większy.
Jedynym mankamentem były godziny otwarcia sklepu… czyli musiałem urwać się z pracy aby tam zdążyć bo odległość miedzy Zabrzem a Wadowicami jest nie mała. Po udanej wymianie rajd do zakopanego był dalej kontynuowany.
Na miejscu wyjście w góry i tym razem postanowiłem nie szaleć. Była to bardzo zła decyzja. Dla niektórych Dolina 5 stawów jest super, ale mi na miejscu było mało. Zamiast do schroniska poszedłem dalej w jej głąb i okazało się że czuje niedosyt. Widziałem tłum ludzi podążający w kierunku głównych szczytów, i piękne widoki. Ludzi wpinających się na lite skały …
Niestety mój błąd logistyczny był na tyle wielki że postanowiłem nigdy więcej nie jechać autem pod szlak. Jest to bardzo często zły pomysł gdyż człowiek jest ograniczony powrotem w to samo miejsce a miejscowe busy za niewielkie pieniądze zawożą człowieka pod szlak i nie trzeba tym samym martwić się powrotem w to samo miejsce. W wyniku tej decyzji mój plan na ten rok na tatry to Czarny staw gąsienicowy i z daleka będę się trzymał od Morskiego Oka… jak mam dymać 8 km. do parkingu to mi się robi słabo..
Po udanej aczkolwiek pozostawiającej wiele do życzenia wyprawie wróciłem na chwile do Gliwic aby przepakować ekwipunek, zrobić niezbędne zakupy i pojechać w Beskid śląski na urodziny 5 latka.
Coroczny urlop wiąże się z tym, że zawsze staram się podróżować autem.
Jest to niby oczywista oczywistość ale nie w moim przypadku.
Jadąc tylko w lubelskie zdecydowanie wygodniej jest mi wsiąść w pociąg przyjechać na miejsce. Czasem wożenia 400 km powietrza dla wygody nie ma ani sensu ani praktycznych względów. W tym przypadku raczej nie chciałem się ograniczać wyłącznie do Lublina wiec i środek lokomocjo był mi zasadniczo niezbędny gdyż miejsca docelowej lokalizacji i odwiedzanie wszystkich docelowych miejsc wymagało mobilności.
Po przyjeździe odwiedziłem siostrę która zdecydowanie bardziej jak jest jest „włóczykijem” . W przeciwieństwie do mnie Jej wyprawy i wyjazdy są pokierowane czynnikami zawodowymi. Jako przewodnik miejski i nie tylko jest też członkiem SKPB lublin i tym samym prowadzi kursy w górach. Akurat tego dnia kiedy pojawiłem się w Lublinie wybywała w godzinach popołudniowych w Beskid Niski i miałem tylko kilka godzin aby się z nią spotkać. Po skończonej wizycie, oraz obowiązkowym trekingu po lesie udałem się w inne ciekawe miejsce Pojezierze Łęczyńsko włodawskie a dokładnie jezioro Krasne.

Z wyjazdem w te rejony wiąże się wiele moich wspomnień z czasów szkolnych. Kiedy miałem 16 lat miałem dobrego kolegę z którym chodziłem do technikum. Zarówno on sam jak i z rodziną oraz swoimi znajomymi spędzał na pojezierzu prawie cale wakacje. Ja w tamtym czasie miałem rodzinę pod Lublinem, która wolała spędzać wakacje w zupełnie odmiennym miejscu i tym to sposobem pojezierze było dla mnie dość ciekawą odskocznią i dodatkowo bardzo kuszącą z innych względów. Ze Świdnika w którym wcześniej mieszkałem na pojezierze było ok 30 km wiec wypad stopem w te rejony był dość prosty. Z lublina dostać się tam już nie było tak łatwo.. ale to jest osobny temat.
Teraz zatrzymam się chwile dlaczego ten rejon budził tak wiele wspomnień.
Obecnie czasy które mamy są zdecydowanie odmienne od tego co było 20 kilka lat temu. Dla młodego chłopaka, kobiety wino śpiew, gitara, imprezy do rana na pomoście, ogniska. pierwszy alkohol były czymś zupełnie nowym pociągającym i intrygującym. Braki funduszy spanie pod namiotem spędzanie czasu wśród ludzi, a nie cywilizacji jak jest obecnie, wymagały innego podejścia do życia.. czy lepszego to nie wiem ale na pewno innego. Kusiło mnie to zdecydowanie i dlatego każdą okazję do wyjazdu starałem się wykorzystać praktycznie. Siedzenie w wakacje z dziadkami i rodzicami u mnie na działce nie było zbyt ekscytujące, a na samą myśl że tam są imprezy do rana i inne atrakcje nie dawały mi spokoju przez długi czas.
Kolega ten obecnie siedzi w Rzeszowie ale jego rodzina nadal wypoczywa na pojezierzu. a że zasadniczo jego urlop w tym regionie i mój przyjazd na Lubelszczyznę zbiegł się w czasie dlatego postanowiłem to wykorzystać i się z Nim spotkać. Nie było to spotkanie po latach gdyż widziałem się z nim miesiąc wcześniej w innym miejscy odwiedzanym przez niego jak i mnie lata temu ale to jest odrębna historia. To że jego widziałem niedawno to spotkałem tam też jego mamę której nie widziałem lata i takim to sposobem nasze rozmowy skierowane były na wspomnienia dawnych i obecnych czasów. Piwko w knajpce przy plaży potem wieczorny grill, degustacja moich win gdyż zawsze jak podróżuje autem zawsze mam kuferek rozmaitości. O poranku gdy miałem wyjeżdżać nagle pojawiły się!! jego dzieci. Pojawiły się nagle gdyż od godziny 16 do 9 rano nawet nie wiedziałem jak wyglądają !!!! Jedno 17 lat drugie ciut młodsze. Pojawiły się było chyba najtrafniejszymi określeniem gdyż na działce na której siedzieliśmy były one cały czas !!! Całe tzw młode pokolenie siedziało na stryszku w telefonach laptopach i tabletach i nawet nie miały ochoty wyścibić nosa z domku. Rano jak miałem wracać do lublina usłyszałem tylko że mam nie jechać bo ojciec znów będzie nam kazał jeździć rowerem. KAZAŁ !!! W ich wieku sami rwaliśmy się nad jezioro ! ale wtedy były inne czasy. Nic dodać nic ująć.
Po powrocie do Lublina dwa dni zasadniczo mało się działo. Osoby z którymi się miałem spotkać nie dały rady znaleźć czasu wiec po dwóch dniach postanowiłem pojechać na Roztocze.
Na roztoczu tendencyjnie miejscem docelowym był Roztoczański Park Narodowy z wyszczególnieniem leniej bazy RKSOP. Od kilku lat baza nie znajduje się w Klimatycznej leśniczówce Dębowiec ale w mniej urokliwej ale za to bardziej praktycznej leśniczówki Bezednia. Dlaczego o tym pisze. Obie leśniczówki są odmienne. W leśniczówce Dębowiec spędziłem wiele lata temu wiele czasu i z tą leśniczówką po dziś dzień wiąże się wiele wspomnień. Cisza, spokój, z dala od cywilizacji. Dojazd autem to kilka kilometrów po kocich łbach, albo pieszo ze Szczebrzeszyna 8 km przez las daje poczucie odizolowania. Brak ludzi turystów dzika przyroda, konie i ludzie. Minusem poniekąd spartańskie warunki sanitarne. Woda w studni jest jedynym udogodnieniem jeśli chodzi o dostępność tzw. Mediów. Najbliższy prąd znajduje się kilka kilometrów od tego miejsca i raczej nie ma co się spodziewać aby kiedykolwiek zawitał w to miejsce. Ze względu na suszę i brak wody sprawiło że letnia baza organizacji przemieściła się do oddalonej o godzinę drogi piechotą leśniczówki Bezednia. Jej plusem jest to że znajduje się blisko cywilizacji, blisko sklepu. W leśniczówce jest wanna, z ciepłą wodą, butla z gazem, elektryczność dzięki której można podłączyć telefon czy lodówkę. Można szybko ugotować posiłek nie musząc w przeciwieństwie do starej leśniczówki rąbać drewna, rozpalać w piecu i czekać aż się on rozgrzeje. Jedzenie można trzymać w lodówce. Jest to może dość oczywiste ale w leśniczówce Debowiec, „lodówka” znajdowała się w lochu piwnicznym a jedzenie zawieszone musiało być dodatkowo metr nad ziemią, na sznurku, aby nie dokarmiać okolicznych gryzoni 🙂
Zanim zajechałem w wyżej wspomniane miejsca obowiązkowo musiałem odwiedzić kolegów z którymi znam się lata, a z którymi zawsze mam okazje się spotkać kiedy przybywam w te strony. Pierwszy z nich mieszka w Zamościu. Tego popołudnia siedział sam w domu i bardzo sie ucieszył na wieść że mam trochę swojego alkoholu 🙂 po jakimś czasie przyjechał jego syn i okazało się że musiałem przeszkolić jego syna pod względem muzycznym :). potem przyjechała jego żona, ale że wieczór się zbliżał wiec pożegnałem towarzystwo i pojechałem do zwierzyńca odwiedzić drugiego kolegę. Drugi znajomy ma knajpę w Zwierzyńcu i tym samym godziny odwiedzin raczej przypadają na późny wieczór, lub noc. Tym samym koło 22 przyjechałem do leśniczówki zastając tam trzech kolegów którzy właśnie kończyli kolację i od których usłyszałem na dzień dobry. „Przywiozłeś jakieś Kobiety ? heheh i takim to sposobem wypiwszy co nie co poszliśmy spać.
Następny dzień rozpoczął się tradycyjnym apelem porannym i takim to sposobem rozpoczął się nowy dzień. Koledzy pojechali we trzech na patrol a ja grzecznie zostałem na bazie pilnując koni i dobytku organizacji.

Na niebie ani jednej chmurki, żar się z nieba lał straszny. przez cały dzień w sumie coś tam porobiłem myjąc sobie samochód i oczekiwałem do godziny 16.30 na przyjazd tzw weekendowej ekipy 🙂 W piątek po 16 na bazę zaczynają się zjeżdżać auta. I prawie pusta leśniczówka zaczyna zapełniać się ludźmi. Tak też i było tym razem, Praktycznie z zegarkiem w ręku po godzinie 16.20 zaczęły się pojawiać pierwsze auta a koło 17 -18 leśniczówka tętniła życiem. Wieczorem wyruszyliśmy wykąpać się w Zbiorniku Rutka aby uzupełnić braki zimnego piwa zakupów i tak zaopatrzeni wrócić na bazę. Po 20 zaczęła się impreza.

Następny dzień zaczął się przygotowaniami do ćwiczeń kawaleryjskich. cięcie łóz, przygotowania koni sprzętu i cały dzień koledzy ćwiczyli typowe przejazdy zawodnicze. Ja zaś postanowiłem wybrać na do starej leśniczówki aby zobaczyć jak tak to teraz wygląda, oraz chciałem odwiedzić znajomych mieszkańców wsi Lipowiec. Pierwszy z nich od dawien dawana jest dostawcą wina, u którego od wielu lat organizacja zaopatruje się w wyskokowe trunki winne. Drugi zaś jest weterynarzem. Przyjechałem na Dębowiec turlając auto około kilkunastu minut po drodze która jest zabójcza dla zawieszenia. Wiele razy zdarzało się że po szwadronie który trwał 14 dni auto które było tzw autem bazowym musiało mieć wymieniane elementy zawieszenia. Gdy dojechałem na miejsce poszedłem starym szlakiem do wsi, mijając po drodze, masy much komarów, bąków ślepaków i masę innego latającego badziewia które miało na mnie ochotę…

Na miejscu zarówno w jednym jak u drugim przypadku pocałowałem przysłowiową klamkę. Pan Biczak który ma ponad 90 lat był w polu na żniwach, czego się totalnie nie spodziewałem gdyż dziadunio w tym wieku to raczej najdalej powinien chodzić do łazienki na siku … ale w tym przypadku chyba jednak źle oszacowałem godziny podróży.

Koło godziny 15 wróciłem do auta a następnie puszczając ma maksa klimę wróciłem do Leśniczówki gdzie kolejna ekipa galopowała w pełnym słońcu ucząc się szermierki konnej.
Powracając w te strony bardzo często wracają pewne wspomnienia, tradycje, trasy drogi którymi kiedyś się chodziło a które zostały w pamięci. Dlatego m. inn. lubię przejść się czasem trasą Szczebrzeszyn Dębowiec (fragment dawnego szlaku partyzanckiego), która niesie za sobą wiele wspomnień. Kiedy to w środku nocy z flaszką wina szło się po ciemku do gajówki, albo o świcie rowerem jechało po świeże bułki do Szczebrzeszyna. Kiedy to dochodząc do szlabanu który jest na drogach granicą parku. Od szlabanu śpiewało się piosenkę, a w ręku niosło flaszkę wódki dla komendanta. Dla wielu osób czytających ten wpis może okazać się to jakimś wariacją, ale w pewnych kręgach jest to bardzo fajna tradycja. Tu tylko nadmienię o co chodzi ale aby zrozumieć ten klimat należało by znaleźć się w tym miejscu., poczuć ten klimat, pobyć z tymi ludźmi, przeżyć wspólnie to co miało miejsce.
Po powrocie zastałem ten sam widok i postanowiłem sprawdzić czy mnie nie ma w Zwierzyńcu. Nikt uczestników bazy nie miał ochoty podzielić ze mną mój pomysł i takim to sposobem wybrałem się do Zwierzyńca.

Zwierzyniec jest chyba najbardziej znanym miastem na roztoczu z wielu względów. Pierwszy z nich to chyba najciekawsze miejsce jeśli chodzi o ilość atrakcji. Jest to taka perełka wypadkowa w ten region. Jest tu masa atrakcji, niesamowity klimat, wiele ciekawych miejsc przyrodniczych, kulturowych. Genialna baza wypadowa wszędzie. Dla wielu ludzi jest to magiczne miejsce. Dla mnie zaś jako osoby która tam była tyle razy że nawet nie policzę jest to miejsce jak każde inne. Dawniej chętnie chodziłem na stawy. Na bukową górę lecz teraz jakoś zbrakło chęci. Może dlatego że byłem sam, a może ten skwar lejący się z nieba … nie wiem ale Zwierzyniec jaki miasto nie robi na mnie jakiegoś większego wrażenia. Przeszedłem się po nim, pojechałem na lody do znajomej knajpki i wróciłem na bazę. Wieczorową porą znów pojawili się ludzie i było miło jak zwykle. Nocna impreza i zajęte pomieszczenie sprawiło że o 1 w nocy rozbijałem namiot na wybiegu dla koni. Stały bestie (mówimy tu o koniach) i patrzyły się co ja robię.. a ja walczyłem z namiotem 🙂
W niedzielę rano obudzony zostałem strasznym gorącem. O 7 rano słońce tak paliuło że nie dało się wyleżeć … dodatkowo z ujeżdżalni dochodziły głosy ćwiczącyh kolegów 🙂 spakowałem się i tradycyjnie po kilku dniach na wjeździe szczęśliwy wróciłem na Śląsk aby odpocząć w chłodzie kamienicy.
Tak minął pierwszy tydzień mojego urlopu.
Po powrocie do Gliwic jakoś byłem mało optymistyczny na temat dalszych wyjazdów. Musiałem chwile odpocząć, ogarnąć swoje sprawy, ogarnąć pranie itp .. to też cały poniedziałek zbierałem siły i pomysły. Jak wspominałem wcześniej nie zawsze po tygodniu czasu musiałem mieć chwile przerwy na nabranie sił. Tym razem musiał wystarczyć dzień a wieczorem aby się zrelaksować poszedłem na siłownie zrobić sobie porządny wycisk po tygodniu przerwy. A po treningu tendencyjnie na saunę oraz jacuzzi. Od kiedy mam kartę multisport staram się wykorzystywać ją na każdą wolną chwilę i chodzić na saunę na którą musiał bym wydać majątek. W Gliwicach jest takie coś jak rytuały saunowe. Są to kilkugodzinne wieczory gdzie co 40 minut zaczyna się jakiś specyficzny rytuał trwający z reguły około 13 minut. Przebieg jest następujący. Najpierw wchodzą panie, potem panowie. Oczywiście sauna a te dni co ja chodzę jest bez tekstylna wiec wstydliwcy w tym czasie powinni siedzieć w domu. Pan słowem wstępu mówi jakie królować będą zapachy. Jaka muzyka oraz czego można się spodziewać. Muzyka jest bardzo zróżnicowana od klasycznej w celu wyciszenia się do rockowej , przez hiszpańską, włoską .. z reguły puszczane są dwa trzy utwory które nadają odpowiedni klimat i oprawę muzyczno zapachową ceremonii. W tym czasie prowadzący kładzie zapachową kulę z lodem na piec i zaczyna falować ręcznikami albo wielkimi wachlarzami w kierunku zgromadzonej publiczności. Czasem rytuał jest wzbogacony o miód który się wciera w rozgrzane ciało. Czasem pojawia się kawa która tak jak miód podawana jest uczestnikom po drugiej piosence i która genialne wtedy smakuje. Po skończonym rytuale uczestnicy kierują się w kierunku pryszniców dodatkowo przekąszając sobie świeżym pokrojonym arbuzem. Po takim przepoceniu oraz schłodzeniu się można posiedzieć w Jacuzzi i się totalnie zrelaksować.
W ten sposób zakończyłem pierwszy dzień drugiego tygodnia urlopu po czym w godzinach porannych udałem się na południe sprawdzić co się dzieje u mojego 5 latka. Po zakończonej wizycie postanowiłem dalej ruszyć w góry czyli cel mojej wędrówki zacząłem w chatce lasek którą to postanowiłem obadać. Zadzwoniłem do właściciela który nią zarządza i przekazał mi informacje że aby się tam dostać należy słuchać Google do czasu aż jest asfalt. Gdy ten się kończy lepiej zostawić auto i udać się w dalsza podróż piechotą. Ja jak to ja stwierdziłem że zobaczymy co się będzie działo, ale wizja naprawy zawieszenia szybko zrewidowała mój zapał. Wycofałem auto i tym samym po przepakowaniu plecaka ruszyłem w dalszą drogę piechotą. Wiedziałem że moja droga będzie trwała niezbyt długo gdyż do niniejszej chatki zostało mi 1800 metrów.
Po drodze podziwiałem zachód słońca a na końcu drogi ukazał się spiczasty dach miejsca docelowego.

Gdy wszedłem do środka miałem wrażenie że przeniosłem się w czasie. Wszędzie dookoła stały gąsiory z winem, przetwory, nalewki. W środku był wieczorny półmrok rozświetlany starymi żarówkami. W kuchni przy stole siedział jakiś starzy jegomość zajadawszy się bigosem. Obok niego stało do połowy wypite piwo i gdy mnie ujrzał krzyknął żwawo witamy podróżnika, skąd dziś przywędrowałeś???? !. Uśmiechałem się przywitałem i stwierdziłem że dziś moja droga była krótka ale jutro planuje większą podróż, gdyż mój cel to Babia Góra. Na tą wieść bardzo się ucieszył bo rzekł iż bardzo ładne miejsce a potem zaczął mi opowiadać o opcjonalnych szlakach które na ten szczyt prowadzą i co zrobić aby z wycieczki wyciągnąć jak najwięcej wrażeń widokowych. W kuchni tej siedziała jeszcze parka która uświadomiła mi że oni są pierwszy raz od xxx lat i stali się pod nieobecność właściciela bazowymi. Otóż w chatce tej panuje zasada iż pierwsza osoba która się tam zjawi pod nieobecność właściciela jest bazowy. Sam właściciel tego miejsca wychodzi z założenia iż ludzie chodzący po górach są uczciwi, i tym samym nie musi się przejmować problemami. Domyślam się iż skoro taka zasada trwa wiele lat tym samym nie pojawiały się problemy które by tą passę przerwały.

W kuchni tej stał wielki stojak na wino i na półkach znajdowały się zakorkowane butelki z winem które można było sobie kupić. Ja tego wieczoru nie brałem swojego wina i tym samym w Biedronce zaopatrzyłem się w się w hiszpańską Rioję i takim to sposobem miałem swoje bardzo dobre winko. Jako że mimo tego że jestem producentem wina alkoholu za wiele nie pijam toteż pół butelki wina podziałało na mnie wyjątkowo sennie. Zabrałem plecak, wdrapałem się na stryszek gdyż tylko tam zapachy unoszące się w powietrzu były akceptowalne.

Rano obudziła mnie jak to zwykle bywa wczesna godzina i mruczenie koło ucha , gdyż zaraz koło mnie usadowił się kot. Kot ten w momencie gdy zobaczył że się obudziłem bardzo się uaktywnił ocierając się o mnie i mrucząc okrutnie domagał się miziania. Szybko wstałem , odwiedziłem stanowisko strzałowe i wziąłem gorący prysznic który po nocy był wyjątkowo niezbędny. Zjadłem śniadanie w postaci chleba razowego i pysznego mięsa ze słoika który rano był nieocenionym rarytasem. Popiłem to jogurtem naturalnym i ruszyłem w dalszą podróż.

Dotarłem do auta, przepakowałem plecak oraz nastawiwszy nawigację ruszyłem w kierunku na jaki kierował mnie Pan z Google czyli
„Kieruj się na południowy wschód !!”
w tym miejscu w każdej powieści wchodzi podmiot liryczny opowiadający o pięknym miejscu w którym bohater się znajduje. 🙂 wiec postaram się przybliżyć ten stan.
Była siódma rano. Nasz bohater wiedział że przed nim długa droga dlatego też wygonił wszystkie komary z kabiny auta, założył wygodne buty i odpalił silnik swojego srebrnego rumaka pochodzącego z fabryki w czechach a którego to projektanci kilka lat wcześniej gdzieś w Germanii kreślili jego cudowne kształty w programach komputerowych, ku wielkiemu zadowoleniu koreańskiego zarządu. Tego dnia poranek stawał się coraz cieplejszy. Poranne słońce sierpniowej środy wchodziło coraz wyżej na widnokrąg podwyższając temperaturę na termometrze wskaźnik do 21 kresek. Turkot silnika w lesie był na tyle cichy aby nie spłoszyć zwierzyny. Auto wolno wycofało bacząc delikatnie na wielki rów. Gdy nasz bohater zawrócił ruszył wolno po wąskiej uliczce skierowanej w dół zbocza. Myślał sobie jedno … wszystko fajnie ale czemu tego typu miejsca są usadowione na końcu świata. Hm może dlatego że mają się ona znajdować na szlaku wędrówek górskich. Auto zjeżdżało coraz niżej mijało starszych ludzi którzy po przebudzeniu się siedzieli przed domami i zażywali przywileju starości, porannego słońca, zapachu drzew i spalin które zostawił po sobie srebrny rumak. Na monitorze nawigacji pojawiały się co chwile komunikaty skreć w lewo, skręć w prawo. A na wyświetlaczu zmniejszały się z każdym kilometrem cyferki stanowiące koniec trasy. Droga opierała w poranne przepiękne widoki Beskidu żywieckiego który w porównaniu do innych okolicznych Beskidów jest bardzo dziki. Nie ma w nim takiej cywilizacji jaka jest w sąsiednim Beskidzie Śląskim. Tylu hoteli , ośrodków wczasowych absolutny spokój. Gdzie nie gdzie na szlaku można znaleźć zbłąkanego turystę przemierzającego te górskie tereny. Niestety tam gdzie udawał się nasz bohater nie było tak cudownie. Za namową znajomych postanowił wykorzystać swój czas i Biabogórski Parki Narodowy odwiedzić w tygodniu. Aby wdrapać się na „Królową” polskich beskidów bez oprawy zapowiadanych tłumów. Takim to sposobem koło 9 rano stanął z plecakiem na szlaku, zostawiając auto na płatnym parkingu udał się w kierunku wybranego szlaku.

Droga na szczyt nie zapowiadała się wybitnie ciężko. Płaskie podejście mała ilość ludzi oraz poranne słońce zapowiadało miłą wycieczkę. Mapa oraz ukazujący się szczyt prognozował iż tego dnia cardio będzie wybitnie intensywne. Czyli w skrócie mówiąc co najgorsze przed nami. Ale czy rzeczywiście najgorsze? W momencie odbicia na właściwy szlak stok zaczynał być coraz bardziej stromy. Opaska na głowie zaczynała się robić coraz bardziej wilgotna a potem mokra od potu. Łyk wody ostudzał podniebie i z każdym krokiem w butelce wody stawało się coraz mniej. Ludzi nie było jakoś wybitnie wiele co napawało mnie z jednej strony radością z drugiej zaniepokojeniem. Gdy zaczynałem dochodzić do schroniska oczom mym ukazał się mały tłum ludzi. Okazało się iż wybrałem dość ostrą i wymagającą trasę. A schronisko było tylko miejscem przystankowym krzyżujących się szlaków.

Po dotarciu do schroniska postanowiłem nabrać sił na dalszą podróż. Znalazłem sobie pustą ławeczkę zdjąłem plecak i postanowiłem ciut odpocząć. W miedzy czasie usłyszałem ciekawą rozmowę. Przez telefon rozmawiał pewien chłopiec który miał nie więcej jak 7-8 lat. Bardzo podekscytowany opowiadał komuś po drugiej stronie słuchawki. Swój dzień od czasu jak otworzył oczy. Pewnie bym się tym zbytnio nie przejął gdyby nie to że o 10 rano był już w drodze powrotnej do punktu wyjścia.
Opowiadał on zawzięcie jak to wstał o 2 w nocy, wsiadł do auta i w kompletnej ciemności przyjechał pod Babią górę. Wyjeli plecaki ciepłe ubrania i w kompletnej ciemności przy użyciu latarek w kilka osób przemierzali szlak. Gdy dotarli na miejsce po woli nad horyzontem ukazywało się poranne słońce. Wznosząc się nad porannymi szczytami pojawiły się pierwsze promienie słońca. Był tak podekscytowany widokiem że jak by mógł przez telefon namalował by widok który ukazał się jego oczom na szczycie góry. Potem dorzucił że już wracają i jest bardzo ciekawie.
Wysłuchawszy tej opowieści postanowiłem wyruszyć w dalszą drogę. Gdy szedłem szlakiem zaniepokoiło mnie to ze droga ani na cm nie idzie pod górę a ludzie którzy tędy szli nawet odrobinę nie wyglądali na zmęczonych. Zaniepokoiło mnie to trochę i postanowiłem zweryfikować swoją trasę z mapą którą miałem pod ręką. Okazało się że za daleko ide a mój zmysł topografa dobrze mi kazał wracać. Gdy wróciłem kilkadziesiąt metrów na drodze stała grupka ludzi. Zatrzymałem się przy nich zerkając na mapę. Uśmiechnęli się i powiedzieli tak tak to tędy. Przed moimi oczami miedzy dwoma drzewami znajdowało się kilka kamieni ułożonych w typowe schody. A sama ścieżka wydawała się dość stroma.

Ruszyłem pod górę. na szlaku zasadniczo nie było żadnych ludzi, co znów mnie ucieszyło gdyż mogłem podziwiać przyrodę. Po drodze spotkałem dwóch samotnych panów i tyle. Szedłem bardzio przyjemnym szlakiem. Wokół mnie rosły wielkie paprocie. Co kilka metrów wyrastało niskie drzewo tworząc tym samym bajkowy widok. Z każdym metrem zaczęły znikać drzewa a trasa robiła się bardziej kamienista. Tym samym ukazując piękno gór. gdy przeszedłem w górne partie szczytu nagle okazało się że tą trasa podążały rodziny z dziećmi, i prawie na samej górze zacząłem ich wyprzedzać. Pojawiły się łańcuchy, schody druciane a młodzi ludzie pomagali sobie na wzajem dysząc okrutnie i po kilku wykonanych krokach robili dłuższe bądź krótsze przerwy.

Minąwszy ich wszystkich dotarłem na szczyt. Moim oczom ukazał się piękny widok i tłum ludzi. Okazało się iż wchodziłem najkrótszym ale najbardziej wymagającym podejściem. Po dłuższym odpoczynku i wypiciu nagrody w postaci zimnego piwa bezalkoholowego ruszyłem w dalszą drogę. Mim celem pośrednim była mała babia góra, a potem dalsza trasa wzdłuż granicy. Zanim wszedłem na ten szczyt usłyszałem o poranku że tam dalej idąc granicą są przepiękne widoki, i jak tam będę muszę koniecznie to sprawdzić. Takim to sposobem posłuchałem praktyka i poszedłem polecaną trasą.

Po drodze nawiązała się bardzo ciekawa konwersacja. Jeszcze przed wejściem na małą babią postanowiłem przewietrzyć stopy. Często to robię aby nie doznać odparzeń i odcisków co pewien czas wietrzę stopy w butach aby stopa opatulona membraną trochę pooddychała.

Akurat zająłem miejsce koło tabliczki „Uwaga żmije” kiedy na ławce obok pojawiła się grupka starszych pań i jeden pan będący uczestnikiem ich grupy. Kobiety zobaczyły tabliczkę stwierdziły ojoj boje się się siadać aby mnie jakaś nie użarła. Niewiele myśląc leżąc na ławce i mając na oczach naciągnięty daszek odparłem. Spokojnie będąc złośliwym można by rzec że właśnie przyszły koleżanki. Pan jak to usłyszał ewidentnie nabrał wiatru w żagle i zaczął mi wtórować 🙂 i prawdopodobnie nie czuł się już przytłoczony gromadą kobiet. Wszyscy się pośmiali, panie próbowały wymyślać bardziej ciętą ripostę ale ewidentnie im to nie wychodziło po czym wszystko obróciły w dobry żart. Potem zapytały się gdzie idę i takim to sposobem przeszliśmy się dalej szlakiem gdzie nasze drogi się rozeszły.

Idąc szlakiem wiedziałem ze dziadek miał rację. Przed moimi oczami ukazał się przepiękny widok. Stok delikatnie się obniżał, wąska ścieżka prowadziła w dół a miedzy nogami rosły wielkie krzaki soczystych jagód. Co kilka metrów zatrzymywałem się napełnić dłoń słodkimi owocami. Droga raz się rozszerzała, następnie zwężała a w zasięgu wzroku nie było nikogo. Tylko cisza, totalna cisza i spokój. po 15 minut pojawiał się jakiś samotny wędrowiec ale było to tak rzadkie że gdy go spotykałem rzucałem powitalne „O człowiek” on się tylko uśmiechał mówiąc „dzień dobry” i takim to sposobem droga obniżała się ku przełęczy.

W pewnym momencie postanowiłem ciut skrócić wędrówkę i wybrałem drogę w kierunku wejścia na szlak. Nie był to ten sam szlak którym wchodziłem więc zdawałem sobie sprawę że czeka mnie jeszcze sporo marszu. Gdy wyszedłem z Parku zadzwoniłem do kolejnej chatki gdzie planowałem nocleg i takim to sposobem po krótkiej negocjacji udało mi sie zorganizować spanie. Gdy dotarłem do auta widziałem że muszę znaleźć sklep i kpić coś do jedzenia.
Starszy Pan uprzedził mnie jeszcze przed jedną rzeczą, Gdy pochwaliłem mu się gdzie będę spał następnej nocy powiedział mi abym wział pod uwagę jedną rzecz. Trzy lata wcześniej spał w tym miejscu i na dzień dobry usłyszał że w miejscu tym panuje prohibicja. Zaopatrzony w tą wiedzę zamiast tradycyjnego piwa zaopatrzyłem się w bezalkoholowe.
W drodze powrotnej zajechałem na pierogi z kapustą i grzybami oraz mięsem do najbliższej knajpki. A jak na miejscowość turystyczną nie ma ich tam za wiele. Dodatkowo zamówiłem zimnie piwko bezalkoholowe które ku mojemu niezadowoleniu bardzo szybko zaczęło znikać ze szklanki ruszyłem w dalszą drogę.
Wujek Google wskazał mi miejsce docelowe i tym samym dotarłem do celu , gdzieś u zboczu kolejnej górki w Beskidzie żywieckim. Gdy dojechałem na miejsce oczom ukazał się las za którym było miejsce docelowe. Las porastał niemałe wzgórze a do tego miejsca nie prowadziła żadna droga. Sakre ble, trzeba kombinować. Na mapie wypatrzyłem ze jak przejdę paręset metrów oczom mym ukaże się zielony szlak prowadzący do tej chatki. Gdy dotarłem do celu stanąłem jak wryty bo prowadził on bardzo stromą drogą na szczyt owej góry… . Wdrapanie się na nią przypomniało mi wchodzenie na babią i to ostatni stromy kawałek. Gdy dotarłem na szczyt wiedziałem jedno to było moje ostatnie „szczytowanie” i tym samym ulany potem bo na dworze było pierońsko gorąco. dotarłem do celu.

U progu chatki przywitały mnie dwie młode dziewczyny przynosząc mi wodę. Chatka znajdowała się na szczycie góry. W okolicy krzyżowało się kilka szlaków z czego ja wybrałem najbardziej wymagający. W sumie jakoś mnie to wcale nie dziwiło. Ale podobno normalna trasa prowadzi drogą którą się idzie 50 minut, Ja szedłem dużo krócej ale …. ci tam byłem na miejscu.


Chatka jest prowadzona przez same kobiety. Młode kobiety wiec zasada jest prosta. Ma być przyjemnie ciepło. czysto miło i nie pije się alkoholu. Aby uniknąć wszelakich problemów z osobami na które ta używka nie działa jak powinna. W domu drewnianym typowym góralskim domku czyściutko, pachnąco. Buty zostawiamy w ganku. W środku ręczniczki, prysznice, materace z obowiązkowymi kocami. Z tego miejsca nawet pająki pouciekały… aby nie denerwować mieszkańców. Na szczęście nie wszystkie gdyż przyszło 10 letnie dziecko i zapytało czy jest odkurzacz bo zobaczyło pająka. Jeden się uchował 😛 i mam nadzieję że zdążył uciec, gdyż zaraz z tym zapytaniem dwie bazowe pobiegły po odkurzacz. Wieczór zakończył się nudnym ogniskiem dla 10 latków, Mama z rocznym dzieckiem z którym przyjechała do chatki poszła spać ja wypiłem swoje trzy zimne trunki i poszedłem spać. Podsumowując miejsce super ale chyba za stary jestem na takie grzeczne miejsca.
Następnego ranka, zjadłem spakowałem się i po szybkim prysznicu ruszyłem do Beskidu śląskiego.
W czwartek wieczorem wróciłem na Śląsk spędzając piątek w domu znów odpoczywając po wojażach.
Można by powiedzieć że urlop się zakończył. W weekend pojeździłem rowerem ale zasadniczo nic ekscytującego się nic nie działo.